Ściganie się na klasycznych włoskich skuterach jest czymś znanym i praktykowanym na europejskiej arenie już od kilkudziesięciu lat. Z udziałem polskich zawodników w tym sporcie poza granicami kraju, mamy do czynienia zaledwie od 6 sezonów. Nasza polska ekipa rozpoczęła regularne ściganie od występów w Pucharze Europy niemieckiej organizacji European Scooter Challenge. Początkowo były to wyłącznie starty w normalnych wyścigach sprinterskich na dystansie liczącym kilkanaście okrążeń. Jednak od samego początku planowaliśmy powoli przygotowania również do startów w wyścigach długodystansowych.
Jeden z naszych 2 „asów” – Witek Kulesza, już w pierwszym sezonie startów w 2020 roku, został zaproszony do udziału w 8-godzinnym wyścigu „Cheb 500” w Czechach. We wrześniu 2021 roku wraz z młodszym kuzynem – Igorem, wystartował jeszcze we Francji w 10-cio godzinnym wyścigu na torze Magny Course. Obaj nasi kierowcy jechali w dwóch konkurencyjnych zespołach niemieckich. Zespół Witka wygrał wówczas rywalizację, zaś zespół Igora zajął w niej 3 miejsce. Obaj panowie walnie przyczynili się do tak dobrych wyników, potwierdzając w ten sposób swoją wysoką klasę sportową.
To właśnie wtedy, zapadła ostateczna decyzja o rozpoczęciu przygotowań do startu w podobnych zawodach już w następnym sezonie, ze swoim własnym zespołem narodowym.
Zimą udało się zbudować nową maszynę z przeznaczeniem specjalnie do wyścigów długodystansowych. Zespół zdecydował się na Vespę PX w specyfikacji klasy Endurance Super Sport.
Debiut zespołu „Kulesza Racing” w nowej formule, miał miejsce w lipcu 2022 w wyścigu „Cheb 500” w Czechach. Udało się wywalczyć 2 miejsce w klasie, co należy uznać za wielki sukces. Jesienią tego samego roku polski team stanął na starcie 10-godzinnego wyścigu na francuskim torze Magny Course. Pomimo kilku awarii i konieczności wymiany silnika, skutkującej godzinną karą czasową, udało się ukończyć rywalizację.
Do najbardziej prestiżowych wyścigów również w światku skuterowym należą maratony 24 godzinne. Nie są one organizowane zbyt często. Dla ich organizatorów jest to przede wszystkim ogromne wyzwanie logistyczne. Większość spraw związanych z organizacją jest zawarta w szczegółowym regulaminie, jednak przy tak dużej liczbie uczestników (co najmniej 5 kierowców w zespole), trzeba stawić czoła różnym nieprzewidzianym sytuacjom.
W dniach 24 – 25.06.2023 na włoskim torze „Circuito di Pomposa” nieopodal miasta San Giuseppe na wybrzeżu Adriatyku, odbył się wyścig Endurance: „Rabbit 24”. Organizatorem było stowarzyszenie ”Italian Scooter Challenge” wraz z „Rimini Lambretta Centre”. Na tym obiekcie organizowano już w przeszłości podobne wydarzenia, ale były to wyścigi najwyżej 10-o godzinne. Tym razem po raz pierwszy zorganizowano imprezę na najdłuższym dystansie.
Po 20 godzinnej podróży non stop, dotarliśmy wszyscy na miejsce w czwartek po południu. Tym razem do klanu Kuleszów dołączył nasz kolega – Szymon Czerwiński, ścigający się również od czasu do czasu razem z nami w pucharze ESC.
Piątek rozpoczął się od odbiorów technicznych sprzętu. Oprócz samych maszyn, dość szczegółowej inspekcji podlegały wszystkie elementy wyposażenia kierowców: kaski, kombinezony, buty i rękawiczki. Niektóre zespoły od razu też przystąpiły do treningów na torze. My potrzebowaliśmy nieco więcej czasu na odpoczynek po długiej podróży, nie spieszyliśmy się więc z wyjazdem na tor. Tylko Romek, który przybył na miejsce już w czwartek, zgłosił się na ochotnika jako kierowca testowy. Należało oczywiście sprawdzić i odpowiednio wyregulować silnik naszej Vespy. Temperatura przekraczająca 30 stopni Celsjusza nie ułatwiała tego zadania zarówno mechanikom jak i kierowcy, który musiał wielokrotnie wyjeżdżać na tor, za co należy mu się najwyższe uznanie!
O 21.30 tuż po zmroku rozpoczął się obowiązkowy dla wszystkich trening nocny. Każdy z nas miał okazję zapoznać się z torem i poczuć nieco atmosferę wyścigu przy sztucznym oświetleniu. Obaj z Igorem trenowaliśmy już kilka lat temu w takich warunkach na torze Modlin, ale wówczas nasze skutery nie były wyposażone we własne reflektory. Teraz ścigające się maszyny musiały mieć odpowiednio mocne lampy, zapewniające kierowcy doskonałą widoczność w każdej sytuacji. Sam wyścig nie odbywa się oczywiście w całkowitych ciemnościach. Wokół toru zostały rozstawione specjalne generatory prądu wyposażone w wysokie maszty, na szczycie których umieszczono po 4 lampy. Podczas treningu mieliśmy również możliwość przećwiczenia procedur tankowania, zmiany kierowców i szybkich przeglądów maszyn.
U nas wygląda to nieco inaczej, niż w innych seriach wyścigowych. Kierowcy kończącemu swoją zmianę (która nie może przekroczyć 1 godziny) nie wolno po prostu wjechać do padoku. Przed wjazdem do depo musi on wyłączyć silnik i przekazać skuter koledze, który biegiem prowadzi go na stanowisko bezpośrednio przed namiotem serwisowym i ustawia na podstawce. W tym momencie ktoś odkręca korek baku, zaś jeszcze ktoś inny rozpoczyna tankowanie za pomocą specjalnego pojemnika z zaworem. Podczas pit – stopu, skuter może dotykać maksymalnie 3 ludzi. Po zakończeniu tankowania ten sam człowiek biegiem odprowadza pojazd na koniec padoku, gdzie w określonym miejscu już czeka kolejny kierowca. Przed wyznaczoną linią trzeba uruchomić silnik „na pych”, w czym pomaga osoba odprowadzająca skuter. W międzyczasie ktoś inny musi natychmiast po zakończeniu tankowania odnieść pojemnik na paliwo do wspólnego dla wszystkich magazynu paliw i uzupełnić go, żeby był gotowy na kolejne tankowanie. Na 3 – 5 okrążeń przed zjazdem kierowcy do boksu, trzeba przynieść pojemnik z paliwem do padoku. Jeśli oprócz tankowania w skuterze należy coś sprawdzić lub naprawić, musimy go wprowadzić pod namiot serwisowy.
Podczas wyścigu przez cały czas ktoś z nas obserwuje kierowcę pokonującego okrążenie po okrążeniu, żeby w razie awarii lub po zasygnalizowaniu konieczności zjazdu do padoku, szybko poinformować o tym zespół, żeby ten przygotował się na jego przyjęcie. Obserwator odpowiada również za komunikację z kierowcą za pomocą podświetlanej tablicy, na której umieszcza się przygotowane wcześniej komunikaty. Jak widać, pracy jest pod dostatkiem dla wszystkich i każdy ma przydzielone określone zadanie.
W sobotę od rana na terenie całego obiektu i w samym padoku dawało się odczuć narastające z każdą godziną napięcie. Wszyscy krzątali się żwawo, przygotowując siebie i sprzęt do zbliżającego się startu. Należało odpowiednio urządzić się w padoku pod namiotem serwisowym, ustawiając niezbędne akcesoria, narzędzia, części zamienne i całe wyposażenie w taki sposób, żeby wszystko było pod ręką.
O 9.30 rozpoczął się godzinny trening czasowy decydujący o kolejności ustawienia na starcie. Przy okazji sprawdzano również działanie systemu pomiaru czasu. Niestety z naszego teamu na tor wyjechałem tylko ja i nie błysnąłem zbytnio – nasz skuter do wyścigu miał ruszyć z ostatniego pola startowego! Dokładnie w samo południe, dyrektor wyścigu dał sygnał do startu! Kierowcy ustawieni w rzędzie po jednej stronie toru, rzucili się do swoich maszyn, czekających na nich po przeciwnej stronie prostej start – meta. Ich silniki już pracowały, uruchomione wcześniej przez pomocników z zespołu. Właśnie tak wygląda start typu „Le Mans”!
O tym, jak Włosi traktują wyścigi niezależnie czy są to najszybsze sportowe motocykle, czy też „tylko” skutery świadczy fakt, że włoski kanał sportowy prowadził całodobową transmisję na żywo, a jej komentatorem był człowiek na co dzień komentujący wyścigi Moto GP!
Jako pierwszy już tradycyjnie na tor wyruszył Witek. Niestety nasz wielki pech rozpoczął się zaledwie po 15 okrążeniach. Witek musiał zjechać do boksu, żeby poprawić mocowanie gaźnika, który wysunął się z gumowego króćca. Na kolejnej zmianie z tego samego powodu po 10 okrążeniach musiał zjechać również Szymon. Ja miałem więcej szczęścia – udało mi się bez problemów przejechać swoją prawie godzinną zmianę.
Później jednak jakiś wyjątkowo wredny chochlik zagościł w naszym boksie na dłużej. Aż do połowy wyścigu wszyscy kolejno zjeżdżaliśmy do padoku z powodu rozmaitych awarii: od tych najbardziej banalnych, jak odkręcone gniazdo zaworka iglicowego gaźnika do nieco poważniejszych, skutkujących utratą możliwości zmiany biegów. Wystąpiła nawet konieczność rozpołowienia silnika i wymiany ukręconego wybieraka skrzyni biegów i zużytego krzyżaka.
Najbardziej beznadziejna historia przydarzyła nam się, gdy silnik Vespy przestał się Igorowi wkręcać na wysokie obroty. Zanim udało się odkryć przyczynę problemu, chłopcy w rekordowym tempie trzykrotnie wymienili kompletny układ zapłonowy, gaźnik wraz z króćcem dolotowym i zawór membranowy. Wszystko na nic! Zagadkę rozwikłać pomógł Albert – kolega z konkurencyjnego niemieckiego zespołu, który zauważył, że podczas kolejnych prób uruchamiania silnika, z tłumika praktycznie nie wydobywają się spaliny. Okazało się, że w fabrycznie nowym wydechu zaledwie po 2 – 3 godzinach jazdy, oderwała się przegroda, skutecznie zatykając wylot spalin! Po wymianie wydechu na zapasowy wróciliśmy do rywalizacji.
Niestety z każdym kolejnym problemem, nasza strata do innych zespołów systematycznie się powiększała. Oczywiście z mniejszymi lub większymi podobnymi kłopotami borykały się w zasadzie wszystkie ekipy. W końcu 2 z 17 stających na starcie zespołów, w ogóle nie ukończyło wyścigu. Tutaj naprawdę samo osiągnięcie mety uznaje się za sukces. Nasz skuter na zapasowym wydechu wyraźnie stracił na dynamice. Na szczęście uszkodzony tłumik udało się niebawem naprawić, znów dzięki temu samemu człowiekowi z „TD Customs”, który dysponował spawarką. Przy okazji planowej wymiany opon i klocków hamulcowych, nasz sportowy wydech wrócił na swoje miejsce i znów mogliśmy czerpać przyjemność ze ścigania. Warto zaznaczyć, że mimo prawdziwej rywalizacji, w padoku często pomagamy sobie wzajemnie podczas wyścigu. My również mieliśmy okazję poratować naszych rywali silentblokami wydechu, czy kill switchem. Właśnie w takich sytuacjach wraca wiara w ludzi!
Już dobrze po północy udało nam się odkryć, dla czego nasz maraton nazwano „Rabbit 24”, gdy organizatorzy musieli podjąć heroiczną próbę (na szczęście skuteczną) powstrzymania pary sympatycznych kłapouchych futrzaków, przed próbą wtargnięcia na tor! Już poprzedniego wieczoru dało się zaobserwować ich liczną obecność wokół całego obiektu.
Niestety nie obyło się też bez upadków. W pewnym momencie na torze pojawił się nawet Safety Car. Na szczęście jednak nikt nie odniósł poważnej kontuzji, załoga karetki nie musiała więc ani razu interweniować. Ja najbardziej obawiałem się nocnej jazdy, ale okazało się – niepotrzebnie. Właśnie ten fragment wyścigu dał mi najwięcej frajdy. Zdaje się, że inni nasi kierowcy byli równie usatysfakcjonowani. Dodatkowym bonusem była nieco niższa temperatura („zaledwie” 27 stopni!). Miałem okazję zaliczyć 2 nocne wyjazdy – tuż po północy i o 5 nad ranem. Ten drugi okazał się wyjątkowo spektakularny.
Wyruszyłem na tor w nocnych ciemnościach, a kilka ostatnich okrążeń pokonywałem już mrużąc oczy przed mocnymi promieniami wschodzącego słońca – niesamowite, niezapomniane wrażenie! Z niemałym zdziwieniem odkryłem też, że pomimo słabej odporności na brak snu, doskonale funkcjonowałem bez większych kryzysów na całym dystansie wyścigu. Adrenalina, pozytywny, motywujący stres i resztki poczucia obowiązku, kazały trwać w całkiem przyzwoitej kondycji. Może nieco pomogła mi również Yerba Mate z Guaraną?
Ostatnie 6 godzin wyścigu przeszło już prawie całkiem gładko i bez większych problemów. To właśnie wtedy większość z nas pomimo zmęczenia, ustanowiła swoje osobiste rekordy, liczącego 1600 m okrążenia! Gdy w samo południe nad linią mety pojawiła się flaga z szachownicą, w padoku i wokół całego toru miała miejsce prawdziwa eksplozja emocji. Warto było choćby dla tego momentu pokonać wszelkie trudy ostatnich 24 godzin i ograniczenia własnego organizmu! Kolejno zjeżdżający zawodnicy, tonęli w objęciach swoich kolegów z zespołu, a wzajemnym gratulacjom i „żółwikom” nie było końca. U nas ta rola przypadła w udziale Igorowi, który wyruszył na ostatnią naszą zmianę wyścigu. Nie wszyscy też próbowali ukryć swoje wzruszenie!
Pomimo w sumie 5,5 godzin spędzonych w boksie na naprawach skutera, udało nam się ukończyć tę morderczą próbę, jako pierwszy polski zespół w historii tej rywalizacji! W jej trakcie przejechaliśmy 1115,4 km, pokonując 858 okrążeń toru, zużywając w tym czasie 150 litrów paliwa, 4 opony, 2 wydechy i trochę istotnych detali skrzyni biegów. Pozwoliło nam to zająć ostatecznie 13 miejsce w klasyfikacji generalnej i 4 w swojej klasie. Bezpośrednio przed nami w „generalce” znalazł się fabryczny zespół RMS, dysponujący znacznie liczniejszym, profesjonalnym zespołem i nieporównanie większym budżetem! Dla porządku należy wspomnieć, że zwycięstwo przypadło w udziale niemiecko – francuskiemu zespołowi „Projekt Paul”.
Naszą Vespę nr 44 w wyścigu na zmianę prowadzili:
Roman Kulesza
Witold Kulesza
Igor Kulesza
Piotr Kulesza
Szymon Czerwiński
Muszę w tym miejscu wspomnieć również o koledze, bez pomocy którego mielibyśmy duży problem ze zorganizowaniem się podczas całego wyścigu. Mateusz „LUDI” Ludwikowski z PVRT wziął na siebie ciężar komunikacji z kierowcami na torze, przez znakomitą większość czasu obsługując naszą tablicę informacyjną (pomagał też czasem w tankowaniu skutera). Pojechał z nami do Włoch „ w ramach rekonwalescencji” po zabiegu chirurgicznym nogi, co nie pomagało mu zbytnio w realizacji tak ważnego zadania. Dzięki Ludi – wykonałeś dla nas kawał niezastąpionej pracy!























